Antoni Czechow Wujaszek Wania reż. Małgorzata Bogajewska

Scena:
Scena Pod Ratuszem
Czas trwania:
2.30 h (1 przerwa)
Cena:
normalny: 60 pln , ulgowy: 45 pln

O spektaklu

Cała złożoność psychologiczna bohaterów „Wujaszka Wani” ich rozterki, tęsknoty, paradoksalnie, doskonale rymują się z dylematami i kondycją współczesnego człowieka, który nagle stanął w obliczu wyborów ostatecznych, został zmuszony do postawienia pytań fundamentalnych. Pytania o sens życia w świetle podjętych niegdyś decyzji, o zasadność wyborów, które prowadzą nas na trudne ścieżki losu, o prawo do szczęścia, miłości i nieskrępowanego życia. Kiedyś mogły nam się wydawać jedynie romantyczne, odległe, typowe dla bohaterów literackich. Jednak dziś, w roku 2021, kto z nas nie miał podobnych refleksji? Przecież, podobnie jak bohaterowie Czechowa, obserwujemy, jak dewaluują się dawne wartości, kruszeją systemy, na naszych oczach rozpada się świat, który znamy. Ale nie tylko się rozpada, sami wciąż “odkładamy go na później”, jak spełnienie, nadzieje, życie.

Premiera: 3|5 czerwca 2021, Scena Pod Ratuszem.
Premiera online: 20|21 czerwca 2021, Play Kraków.

09/2021 Do ostatniego okruszka
Łukasz Maciejewski - Miesięczniki Teatr

Za dyrekcji Bogajewskiej zespół artystyczny Teatru Ludowego nie tylko okrzepł, ale też niejednokrotnie potrafił zaskoczyć, a nawet zachwycić. Tak jest również w Wujaszku Wani.

Oglądałem ten spektakl latem, w długie upalne popołudnie, przechodzące z wolna w upalny wieczór. Scena pod Ratuszem Teatru Ludowego, centrum krakowskiego Rynku. Do teatru można dostać się wąskimi schodkami, wymijając kelnerów wnoszących do ogródków piwo. Turyści, kaskady śmiechu, trochę rozpaczliwa próba zaklinania losu, że pandemii nigdy więcej nie będzie. Bo jest lato, słońce, alkohol. Nie ma za to Czechowa. Na rozgrzanej płycie krakowskiego Rynku z kiczowatą bryłą Mitoraja trwa wakacyjny festiwal zagadywania losu. Wystarczy jednak zejść tych kilkadziesiąt schodków, wyminąć zmęczonych kelnerów i bar, żeby Czechowa odnaleźć, posłuchać, zostać z nim. Pan doktor od smutku nie wypisze recepty na szczęście, ale jak nikt potrafi zdiagnozować stan zawieszenia pomiędzy latem na krakowskim Rynku a melancholią na scenie.

Dla zdecydowanej większości widzów było to z pewnością kolejne spotkanie z Wujaszkiem Wanią. Znamy bohaterów, niektóre dialogi, wiemy, do czego to wszystko zmierza. Mimo to tekst Czechowa wciąż zaskakuje. Opowieść o klęsce, historia przegranej utkanej z małych liter, bez pretensji do wielkich, znowu uderza przenikliwością. Zmienia się wszystko, nie zmienia nic. W spektaklu Bogajewskiej jest przecież podobnie jak w większości inscenizacji Wujaszka Wani – to ta sama opowieść o pracy i o ofierze, o trwonieniu czasu i rozżaleniu, że mija, że nie udaje się go wypełnić wartościową treścią, nie udaje się również z nim wygrać. I jeszcze o miłości – uczuciu, które z reguły nie pojawia się, kiedy potrzeba, nie trafia do zainteresowanego albo nie zostaje odwzajemnione. O tym mówi Czechow w Wujaszku Wani, o tym opowiada większość nie tylko klasycznych dramatów, a jednak w spektaklu Bogajewskiej, być może nie było to do końca zamierzone, na plan pierwszy wysuwa się inna jeszcze intuicja. Czechow mówi najmocniej o strachu, o lęku przed nudą, i przed brakiem nudy, o lęku przed miłością, i o lęku przed życiem. Przed życiem najbardziej.

Oto oni: Aleksander Sieriebriakow grany przez znakomitego Kajetana Wolniewicza, piękna Helena – Roksana Lewak, Sonia – Maja Pankiewicz, Iwan – Piotr Pilitowski, wreszcie Astrow – Piotr Franasowicz. Mówią, przepraszają, zwierzają się, piją, jedzą. I bardzo się boją. Rozmowa jest swego rodzaju schronem, i zwierzenie jest schronem, jeżeli tego zabraknie, skończy się kruche status quo, zacznie walka o przetrwanie, aż do kolejnych słów, zwierzeń, do zapijania milczenia wódką. W tym momencie, tak poczułem, rozgrywa się jakiś absurdalny dialog pomiędzy górą a dołem, rzeczywistością na płycie Rynku Głównego w Krakowie a małą sceną Teatru Ludowego pod Ratuszem. Na górze śmieją się i krzyczą, na dole szepczą raczej i płaczą. Chodzi jednak w gruncie rzeczy o to samo. Strach przed. Przed tym, co nastąpi i czego nie będzie. Człowiek Czechowa nie tylko się boi, on się również wstydzi. Zawstydzić można się wszystkiego, życia przed wstydem, i życia po wstydzie. Bohaterowie Wujaszka Wani mówią wciąż o poświęceniu dla innych, o ofierze, ale to również ten sam strach, ten sam wstyd. Porażka ma różne wymiary i rozmiary. Ktoś się dobrze zapowiadał, ktoś mniej pił, ktoś częściej śpiewał, ale musiał przestać. Sprawa, rodzina, praca okazały się ważniejsze. W większości, poza starym Sieriebriakowem, są jeszcze młodzi, wiele mogliby zrobić, postarać się przynajmniej. To się nie uda. Oni się wstydzą, a boją może nawet bardziej, niż wstydzą.

Wujaszek Wania w Ludowym to nie jest Czechow przeładowany, wizualnie rozbuchany. Przeciwnie, scenografia Anny Marii Karczmarskiej jest więcej niż umowna. Trwa niekończący się remont. Folia ochronna pokrywa pianino, robotnik (Piotr Piecha) wciąż coś dłubie, przeszkadza, drażni rozdrażnionych. Tylko filiżanki zdradzają wcześniejszą urodę miejsca, tylko dźwięki rozstrojonego pianina sugerują, że kiedyś być może śpiewało się tutaj, tańczyło, a w użyciu był samowar. Przeszłość pracuje nadal, podczas gdy teraźniejszość przestała się wysilać. Wspomnienia, nawet smutne, łagodzą strach, pozwalają przetrwać. Zapomnieć chociaż na chwilę. Ten akurat motyw wydał mi się tożsamy z czasem, kiedy znowu chodzimy do teatru, jeszcze trochę niepewnie, nieufnie spoglądając na sąsiadów, zwłaszcza kiedy ukradkiem zdejmują maseczki. To jest niepewność czasu przejściowego, który się jeszcze nie określił, nie ma żadnej pewności niestety, czy został dany na zawsze, czy tylko na chwilę, do momentu kolejnego zamknięcia, kolejnego teatralnego lockdownu. W takim czasie, idąc za bohaterami Czechowa, można ukryć się za wspomnieniem z lepszych teatralnych Czechowów, i lepszego życia. Ukryć za czasem, który był.

Małgorzata Bogajewska w kolejnym podejściu do Czechowa (w 2014 roku, w Teatrze Dramatycznym w Warszawie, wyreżyserowała Trzy siostry) pozostawia dramat poza czasem. Współczesne są kostiumy i scenografia, uniwersalne relacje międzyludzkie. Przy takim założeniu tym mocniej wybrzmiewają partie aktorskie, a trzeba powiedzieć, że za dyrekcji Bogajewskiej zespół artystyczny Teatru Ludowego nie tylko okrzepł, ale też niejednokrotnie potrafił zaskoczyć, a nawet zachwycić. Tak jest również w Wujaszku Wani.

Najważniejsza jest Sonia grana przez Maję Pankiewicz. To wobec Soni ogniskuje się większość wydarzeń scenicznych, do niej wreszcie należy poruszający finał. Sonia wobec Wani, Heleny, Astrowa. Bogajewska przy udziale Pankiewicz nie odczytuje na nowo tej postaci, nie chodzi zatem o reinterpretację, a o uważne, rzetelne zrozumienie tekstu, przeczytanie go z maksymalną powagą. Sonia w gruncie rzeczy mogłaby być taka jak Helena. Mówi: „Jestem brzydka”. Nie jest. Przyzwyczaiła się jednak do przyzwyczajenia na własny temat. Do oprawy, która jest, jaka jest. Ci sami ludzie, te same filiżanki, nawet uczucie niezmienne, umieszczone nie pod tym adresem, pod którym powinno się pojawić. Ciekawe, że to właśnie Sonia burzy spokój miejsca. Ten anioł, ta potulna. Nie jest złośliwa, na pewno nie jest cyniczna, chce dobrze, dobrze dla wszystkich, trochę także dla siebie, ale „wszyscy” są ważniejsi. Wujek, ojciec, praca, przywiązanie. Mimo to ta święta, ta piękna, trochę jak Iwona u Gombrowicza, przeszkadza samą obecnością, wyzwala podświadome pokłady niemocy, a może wstydu i rozżalenia, że nie każdy może być Sonią, ale i ona sama pewnie wolałaby być kimś innym. Zgrzeszyć, zakochać się, zadurzyć i pić wódkę z Astrowem. Nie zakocha się, nie napije, nie zmieni. Dobrzy ludzie mają (jeszcze) gorzej.

Iwan Wojnicki w ciekawej interpretacji Piotra Pilitowskiego wydaje się lustrem Soni. To są te same dwa oblicza, dwa profile osobowościowe bohaterów, stających w kontrze do pozostałych. Są jak inni – smutni i przegrani, tylko może nie zawsze się do tego przyznają. Wania może chciałby być inny, czasami powie coś nieprzyjemnego, powie szczerze, krzyknie i huknie, przecież szlachetność została mu przypisana niejako z nadania, a to nie tylko przyjemność, także balast. W tym układzie Astrow Piotra Franasowicza, inaczej niż w wielu odczytaniach tej postaci, jest bohaterem z prowincjonalnego romansu. Afekt, którym obdarzają zakompleksionego przeciętniaka dwie zakochane w nim kobiety, jest afektem bezradności. Jeżeli dookoła nie ma wiele, czy raczej nie ma zbyt wielu, zostaje w końcu jedynie przygaszona, przyprószona młodość Astrowa z dawnymi aspiracjami, talentami, marzeniami. W tamtych dawnych marzeniach można się było rzeczywiście zakochać, ale teraz? Tylko bezradność, tylko nuda. Można oczywiście domniemywać, że Helena (Roksana Lewak) przestałaby się nudzić, gdyby znalazła w życiu sens, znalazła pożytek, ale nawet się już nie stara. Jest jeszcze taka młoda, taka świeża, a przecież ją także zaczyna drenować ta sama erozja, która dotyka wszystkich bohaterów dramatu. Wszystko, i ciało, i wnętrze, przykrywa ta sama folia ochronna, którą w przedstawieniu zasłania się meble, krzesła, sprzęty. Folia jest jednak cienka, nie chroni i nie ochroni, wydaje się tylko pudrem, makijażem, spod którego po zmyciu wyłaniają się naga dusza i nagie ciało. Stare ciało profesora, upojone alkoholem ciało Astrowa, zmęczone ciało Iwana, nieszczęśliwa cielesność Soni.

Bohaterowie Czechowa w przedstawieniu Małgorzaty Bogajewskiej cały czas coś jedzą, piją. A to ser, a to wino. Marny zestaw, zubożała spiżarnia, produkty się kończą, ale zawsze coś jednak zostaje. Zajadanie stresów, zapijanie ich, konsumowanie żalu. Pod tym względem ponownie Wujaszek Wania w Ludowym dialoguje ze scenerią pozateatralną, z przestrzenią krakowskiego Rynku, krakowskich domów i wszystkich domów. Zajadanie lęku, zajadanie wstydu i desperacka walka o to, żeby to zajadanie było niewidzialne: nie zmienić się, nie przytyć. Mimo to jeść, jeść desperacko, kompulsywnie, bez sensu, wyjeść wszystko do ostatniego okruszka. I mieć kaca, że to za dużo, że niedobrze, że przesada. I że będą konsekwencje. Strach i wstyd, straszny wstyd.

 

18.08.2021 Może nie dziś
Olga Katafiasz - Teatralny.pl

Dom Wojnickich wymaga remontu. Wybrzuszoną, nasiąkniętą wilgocią podłogę trzeba zerwać, tapety na ścianach nie wyglądają najlepiej. Wydaje się jednak, że ów stan nie jest przejściowy, że czas napraw, które niespiesznie przeprowadza Robotnik (Piotr Piecha), ulega nienaturalnemu wydłużeniu. Może dlatego meble w salonie przykryte są ochronną folią, jaką zdejmuje się wyłącznie w przypadku użycia sprzętów, na przykład stołowych naczyń. Wszystko w tym domu zdaje się wieczną prowizorką, scenografia Anny Marii Kaczmarskiej od razu wskazuje interpretacyjne tropy: to miejsce niejako utknęło w czasie, zatem jego mieszkańcy i goście utknęli w momencie życia, z którego nie sposób się wyrwać, pójść dalej.

W 293. Kołonotatniku (https://teatralny.pl/opinie/k293-tyl-na-przod,3301.html) Łukasz Drewniak poświęcił wiele uwagi bohaterom przedstawienia Małgorzaty Bogajewskiej. W jego interpretacji (a nie, jak kilkakrotnie podkreśla, recenzji), krakowski Wujaszek Wania opowiada o mężczyznach: Aleksandrze Serebriakowie (Kajetan Wolniewicz), Ilji Tieleginie (Tadeusz Łomnicki), Iwanie Wojnickim (Piotr Pilitowski) i Michale Astrowie (Piotr Franasowicz). „Aktorzy zasłonili aktorki. Zagrali swoje tematy głośniej niż one” – pisze Łukasz Drewniak, odczytując spektakl Bogajewskiej jako „dramat starzejących się i przegranych mężczyzn”. Owszem, to niewątpliwie najmocniejszy element tej scenicznej interpretacji, ale chciałabym zwrócić uwagę na bohaterki, o których w cytowanym tekście niewiele się wspomina. Drewniak świetnie analizuje znakomite role stworzone przez Pilitowskiego, Wolniewicza, Łomnickiego i Franasowicza, i jednocześnie przyznaje się do pewnej bezradności w odczytaniu ról, jakie zagrały Maja Pankiewicz (Sonia) i Roksana Lewak (Helena). „Dlaczego ja ich nie usłyszałem?” – pyta autor. No właśnie, dlaczego?

Moim zdaniem, przyczyną „niesłyszenia” Soni i Heleny jest nie tylko interpretacja tekstu i postaci, jakie zaproponowała reżyserka (o czym za chwilę), ale również fakt, że Roksana Lewak nie tworzy postaci na tyle interesującej, przyciągającej uwagę widza czy widzki w takim stopniu, by mogli oni uwierzyć, że nagle dwaj mężczyźni nie tylko zakochują się w pięknej i młodej kobiecie, ale są gotowi narazić dla niej swoją długoletnią przyjaźń. Inaczej w przypadku Soni – wierzymy, że uwięziona na prowincji dziewczyna, pracująca ponad siły, która dawno zapomniała o młodzieńczych marzeniach (albo wcale ich nie miała, bo od zawsze słyszała o genialnym ojcu), potrafi jednak kochać, tyle że Astrow nie odwzajemnia jej uczucia. Sonia jest bohaterką równie wyrazistą, jak czechowowscy mężczyźni, mimo że jest bardziej wyciszona, nie tak na scenie „widoczna”.

Skąd bierze się ta „niewidoczność” kobiet w przedstawieniu Bogajewskiej? Bo przecież są jeszcze Maria Wojnicka (Barbara Szałapak) i Marina, stara niania (Jadwiga Lesiak). Nie tylko stąd, że aktorzy tworzą swoje postaci silniejszymi środkami. Wydaje się, że kobiety pozostają w tym świecie zmarginalizowane, mogą tylko uwielbiać mężczyzn lub nimi pogardzać (jak Wojnicka uwielbia zięcia i pogardza synem), kochać się nieszczęśliwie (jak Sonia), żałować dziewczęcej naiwności (Helena). Czasem, jak córka i żona Sieriebriakowa, próbują ratować się „siostrzeństwem”, w którym nieoczekiwanie pojawia się erotyczne napięcie (to jeden z najciekawszych wątków przedstawienia). Mogą też, jak pogrążona w demencji Marina, po długim i pracowitym życiu na służbie zanurzyć się w swoim świecie, gdzie z rzadka dostają się odłamki rzeczywistości.

Bo rzeczywistość, ten prowincjonalny świat, niczym nie kusi, co więcej – zdaje się paraliżować wszelką energię, radość działania. Te dawno już uleciały, pozostaje tylko konsekwencja: jak Tielegin nadal kocha wiarołomną żonę i łoży na jej utrzymanie, tak pozostali bohaterowie muszą co dnia robić to, co dotąd. Wania usiłuje wyrwać się ze swojego życia, bezskutecznie. Sonia chce mu nadać nowy bieg, bez powodzenia. Wujaszek Wania Bogajewskiej to spektakl o ludziach wypalonych w świecie, któremu wygodniej korzystać z ich obniżonego przecież potencjału – wówczas są przewidywalni, nie zagrażają status quo. Drobne incydenty, jak ten ze strzelbą, tylko utwierdzają bohaterów w przekonaniu, że nic się nie da, niczego się nie zmieni, w sumie nie jest najgorzej.

Finał przedstawienia jest równie niespektakularny, co poprzedzająca go akcja, mimo zapisanych w tekście Czechowa zdarzeń. Jak gdyby nie tylko meble czy zastawa były pokryte warstwą ochronną, ale również kobiety i mężczyźni – stroniący od ekstrawertycznych gestów. Bogajewska pokazuje powszedniość, niemal banalność ludzkich dramatów. Każda z postaci w tym świecie wybrała źle, każda fatalnie się pomyliła, zawierzając albo ulotnym czy daremnym uczuciom, albo wierze, że jest się istotnym, niezbędnym elementem jakiegoś Sensu.

Wujaszka Wanię na Scenie pod Ratuszem ogląda się bez gwałtownych emocji. Jakby ta niemoc, dziwny bezwład udzielały się również nam, siedzącym na widowni. Nic już nie zmienimy, wszelkie mniej lub bardziej żałosne próby przezwyciężenia beznadziei spełzają na niczym. Może w tym świecie najlepiej odnajduje się stara niania, w umyśle której czas uległ zatarciu, unieważnieniu.

 

04.08.2021 - Co powoduje tę codzienną gorycz?
Monika Morusiewicz -Dziennik Teatralny Kraków


W Wujaszku Wani bohaterowie nie czekają na szczęśliwe zakończenie - wiedzą, że nigdy nie będą spełnieni. Każdego dnia towarzyszy im marazm, zmęczenie i świadomość błędnych decyzji (podjętych przez nich samych czy przez los), od których nie da się uciec. Noszą więc ten swój dramat, przekraczając niekiedy granice szaleństwa.
Na scenie Teatru Ludowego do kresu wytrzymałości dochodzi przede wszystkim Iwan Wojnicki (Piotr Pilitowski), który zarządza gospodarstwem szwagra – emerytowanego profesora Aleksandra Seriebriakowa (Kajetan Wolnicki). Wraz z jego córką z pierwszego małżeństwa – Sonią (Maja Pankiewicz) ciężko pracują, żeby wysyłać profesorowi cykliczne wsparcie finansowe. Wraz z upływem czasu Iwan zauważa, że kariera szwagra, dla której poświęcił najlepsze lata życia, to pozór i kłamstwo. Choć w przeszłości cytował z pamięci fragmenty dzieł profesora, to teraz już wie, że to intelektualna pustka. Stoi więc na scenie – psychicznie obnażony, świadomy swojej klęski i przegranego życia.

Piotr Pilitowski emocjonalnie wczuł się w rolę 47-letniego człowieka, który zaczyna podsumowywać to, czego dokonał i widząc tylko straty, dochodzi do ostatecznych decyzji. W większości scen Iwan jest napięty, agresywny i rozgoryczony – jego ciało krzyczy. Umiejętności Pilitowskiego widać w scenie, gdy samotny i pijany rozmawia sam ze sobą. Pełne złości słowa tego monologu, ciskane w powietrze i zacietrzewiona mimika bohatera powodują, że widz wie, że jego historia nie może skończyć się szczęśliwie. Tym bardziej, że zakochał się on w młodszej od niego drugiej żonie profesora, Helenie (Roksana Lewak).

Pomimo że Iwan wytyka Helenie lenistwo, znudzenie życiem i nicnierobienie, wciąż darzy ją uczuciem. Przyjazd profesora i jego żony jest więc okazją dla Iwana, żeby pokazać, że oprócz goryczy ma w sobie ciepło. Piotr Pilitowski żongluje więc emocjami bohatera – w grupie ludzi jest on sarkastyczny, złośliwy, natomiast w poufnych rozmowach z Heleną zmienia się – stara się być czuły i otwarty. W swojej miłości jest uciążliwy, ponieważ wie, że młoda żona profesora również istnieje w zawieszeniu, wybierając życie ze starszym człowiekiem.

Uwięzienie Heleny symbolizuje scena rozgrywająca się w nocy, kiedy bohaterka stara się uwieść swojego męża, który odrzuca jej uczucie z powodu złego samopoczucia. Do pokazania emocji Heleny została wykorzystana folia, wisząca na ścianie i meblach. Rozczarowana kobieta wchodzi pod jedną z nich i z trudem stara się oddychać. Folia przylega do twarzy Heleny – widoczne są jej otwarte usta, walczące o powietrze. Bohaterka powtarza tę czynność podduszania, bez narzekania, jakby robiła to codziennie przy boku profesora.

Swoją historię posiada też Sonia – ciężko pracująca z wujkiem Iwanem na gospodarstwie i zadurzona w lekarzu Michaile Astrowie (Piotr Franasowicz). Maja Pankiewicz w kilku wyjątkowych scenach nadaje bohaterce introwertyczny, a nawet pełen zaburzeń psychicznych, sposób bycia. Sonia jest wycofana i nieszczęśliwie zakochana, i to jest jej dramat. Ta młoda kobieta nie potrafi się normalnie zachowywać: jej ruchy są pełne automatyzmu, a nie wdzięku i uroku. Podobnie jej ubiór – luźny, męski, tak przeciwstawny do wyglądu Heleny, która jest świadoma swojej kobiecości. Sonia mówi sama o sobie: „Jestem brzydka". Cechuje ją brak pewności siebie, dlatego w jednej ze scen wyciąga nitki z rękawa swetra i idzie do kąta, ponieważ podczas rozmowy z lekarzem Astrowem nie potrafiła wypowiedzieć pełnych zdań, tylko dukała urywki wyrazów. Często siebie tresuje i strofuje, mówiąc „Przestań tyle jeść", zadaje sobie ból poprzez bardzo silne zawijanie folii na dłoń lub analizuje, czy to, co powiedziała przypadkiem nie było bezsensowne. Maja Pankiewicz nadała Soni osobowość pełną lęku i niepewności, która nie dąży do samoakceptacji, tylko siebie krzywdzi.

Jedną z najlepszych jest scena, gdy Sonia widzi pocałunek Astrowa z Heleną. Stoi wtedy w drzwiach i nieoczekiwanie zapada się w ścianę, która ją zasysa i połyka. Idealnie opisuje to stan emocjonalny bohaterki, która przestaje się karmić złudzeniem – wie już, że Astrow nigdy nie odwzajemni jej miłości, a ona nie potrafi go nie kochać. Odczuwany przez nią ból pokazuje tylko raz – przy wujku Iwanie. Wtedy lamentuje i płacze tak intensywnie, jakby umarła część jej samej. Nagle uspokaja się i wraca do pracy, mówiąc: „Co poradzisz – trzeba żyć". Sonia jest tak samo zrezygnowana jak Iwan – na nic już nie czekają, o niczym nie marzą.

W ich domu mieszka też Marina (Jadwiga Lesiak) – stara niania, która również żyje w innej rzeczywistości. Choć niewiele mówi, to zachowuje się jak osoba chora psychicznie: uśmiecha się do siebie lub wspomnień, chichra się, stale coś przeżywa w swoim świecie wewnętrznym.

Marazm i zawieszenie bohaterów odzwierciedla scenografia, stworzona przez Annę Marię Karczmarską. Kolory mebli czy ścian są pomarańczowo-nijakie. Atmosferę zduszenia wprowadzają również folie, które przykrywają pianino, stół, krzesła czy ściany. Bohaterowie z Wujaszka Wani są rozgoryczeni i uwięzieni, jak nie w iluzjach, to w skutkach własnych decyzji, a scenografia jeszcze bardziej potęguje to klaustrofobiczne uczucie.

Oprócz scen dramatycznych pojawiają się też zabawne akcenty. Bohater Ilja Tielegin (Tadeusz Łomnicki) swoim humorem, graniem na bałałajce i przekręcaniem słów, rozbija skomplikowane i egzystencjalne warstwy, tworzone przez innych bohaterów utworu Czechowa.

Warto zaznaczyć, że w spektaklu Małgorzaty Bogajewskiej czasami niepotrzebnie wydłużane są sceny lub wykorzystywane elementy, które nie są ani plastyczne, ani nie rozwijają akcji dramatu [m.in. początkowa scena, gdy dziecko przez kilka minut gra na skrzypcach; Robotnik (Piotr Piecha), który nie wiadomo, w jakim celu układa głośno podłogę i niekiedy zagłusza dialogi bohaterów; Helena grająca na pianinie i śpiewająca w oczekiwaniu na Astrowa]. Ponadto, fakt, że Antoni Czechow napisał Wujaszka Wanię pod koniec XIX wieku, sprawia, że to, w jaki sposób zwracają się do siebie bohaterowie lub jak opowiadają o swojej pracy, jest sztuczne, dalekie od naszego życia. Zbliżenie realiów tej sztuki do współczesności z pewnością ułatwiłoby zrozumienie problemów, z którymi zmagają się Iwan, Sonia, Michaił czy Helena.

6.07.2021r. To jest czas kobiet
Magdalena Huzarska - Szumiec W wolnym czasie - Gazeta Galicyjska

W „Wujaszku Wanii” mężczyźni są słabi i brzydko się starzeją. Tylko kobiety dają nadzieję, że czeka nas jakaś przyszłość. Genialność sztuk Czechowa polega na tym, że ludzie, niezależnie od tego w jakim czasie i sytuacji żyją, odnajdują w nich siebie. Idąc na „Wujaszka Wanię”, zrealizowanego na Scenie pod Ratuszem Teatru Ludowego w Krakowie, zastanawiałam się, co reżyserka spektaklu Małgorzata Bogajewska ma nam dziś tym tekstem do powiedzenia. I już wiem, a na dodatek się z nią zgadzam – żyjemy w świecie, w którym kobiety odzyskały głos. I ich głos jest już naprawdę słyszalny.

To, co piszę, mogłoby sugerować, że przedstawienie będzie poruszać doraźne wątki, a na scenie zobaczymy odniesienia na przykład do strajku kobiet. Nic z tych rzeczy. Reżyserka nie uwspółcześnia sztuki Czechowa na siłę. Akcję spektaklu umieszcza w niezdefiniowanym czasie, w scenografii, która może dotyczyć tu i teraz, ale też epoki sprzed kilkudziesięciu lat. Nie zmienia tekstu, prowadzi całość bardzo klasycznie, dając widzowi szansę na zorientowanie się w relacjach między bohaterami. Najważniejsze jest jednak takie rozłożenie akcentów, dzięki któremu kobiety wychodzą na pierwszy plan, sprawiając, że świat trzyma się jeszcze w posadach i nie zboczył z racjonalnego toru.

Bo mężczyźni są tu nieciekawi, choć to wokół ich problemów kręci się sceniczna opowieść. Jednak nie trzeba być Sherlockiem Holmesem, by dostrzec, jak słabi to ludzie, jak pozbawieni tej życiowej energii, która popycha świat do przodu. Ot choćby tytułowy Wujaszek Wania. Bohater w interpretacji Piotra Pilitowskiego okropnie brzydko się zestarzał. Nigdy o siebie nie zawalczył, od lat mieszka na wsi, wciąż gada o swoim nieudanym życiu, tkwi w jego pustce jak robak, który wpadł do słoika i już nawet nie pamięta, czy kiedykolwiek usiłował wspiąć się po jego szklanej ścianie. Niby namiętnie kocha się w Helenie, lecz potrafi o tym tylko mówić. Gdy widzi ją z mężem czy kochankiem, wycofuje się na bezpieczną odległość, a żal wyrzuca z siebie wypijając kolejną butelkę wódki.

Daje to te same efekty, co postawa profesora Sieriebriakowa Kajetana Wolniewicza, choć ten akurat robi wszystko, by ściągnąć na siebie uwagę. Jest stary, gruby, pozbawiony niegdysiejszych naukowych talentów. No i przede wszystkim ma mnóstwo dolegliwości, które jednak nie przeszkodziły mu ożenić się z piękną, młodą, zakochaną w jego intelekcie kobietą. Teraz zmusza ją, jak i całe otoczenie, by uczestniczyła w jego fizycznym cierpieniu. Jego egoizm sięgnął  Himalajów. A może nie trzeba takich porównań, może wystarczy powiedzieć, że osiągnął po prostu poziom zniechęcenia do życia innego bohatera spektaklu, Astrowa granego przez Piotra Franasowicza. Ten przynajmniej kiedyś miał jakieś idee, chciał ratować lasy, leczyć ludzi. Ale teraz to już go kompletnie nie obchodzi, bliżej mu do flaszki niż do lekarskiej torby. Przez szkło kieliszka nie widzi zakochanej w nim Sonii, nie dostrzega jej pięknej duszy i subtelnej urody, przykrytej codziennością dresów i rozciągniętego swetra.

A to jedyna tak naprawdę wartościowa osoba. Maja Pankiewicz w kontrze do pozostałych gra współczesną, młodą dziewczynę, nieśmiałą, zakochaną, ale doskonale wiedzącą, co w życiu jest ważne. To właśnie ona, jako jedyna w całym towarzystwie nieciekawych facetów z brzuchami, pchnie świat na właściwe tory, nada mu sens, spróbuje go zmienić dla siebie i swoich potencjalnych dzieci. Rozglądnijcie się dookoła, zobaczcie, ile wokół nas jest takich kobiet, młodych mimo upływających lat i niesprzyjających okoliczności. I to właśnie jest ich czas.

10.06.2021 Dwa razy chybić to jak raz trafić 
Jagoda Hernik Spalińska Teatrologia.info

Oglądałam to przedstawienie przedwczoraj i gdy dziś o nim myślę, to widzę przed oczami przede wszystkim bardzo jednolitą stylistycznie i kolorystycznie scenę, z wystrojem nudno-brązowawym, i postacie sztuki Czechowa, które wyglądały podobnie nijako. Oczywiście te odróżniające się, czyli Helena i Astrow, się odróżniały, ale bez przesady, bez ostentacyjności. I muszę przyznać, że ten wystrój, który podczas spektaklu jakoś dziwnie mnie męczył, teraz wraca jako znak tego przedstawienia i pozwala mi się wobec niego określić, bo jest wyrazisty i jasny w wymowie. Jak jeszcze dodamy, że wszystkie potencjalne atrakcje jak pianino, książki i Helena są owinięte w folię, czyli nieużywane, to można powiedzieć, ze przekaz jest zbyt jasny, ale gdy dodamy do tego jasnego przekazu wizualnego dobre aktorstwo, to wychodzi razem spektakl, który można długo pamiętać, a to już bardzo dużo.

Zastanawiałam się jednak długo, czy ten wszechobecny na scenie, „sraczkowaty” kolor był niezbędny, ponieważ aktorzy poradzili sobie bez trudu z zagraniem tego tematu, czyli nijakiego, drażniącego swą bezbarwnością życia. Może gdyby dekoracja Anny Marii Karczmarskiej nie była aż tak czytelna w wymowie, to kreacje aktorów by wybrzmiały jeszcze mocniej, może jak na taką „nudną” dekorację jest ona nazbyt skupiająca uwagę, zbyt mocno, nachalnie, interpretująca tekst. Ale teraz widzę, że ten zabieg „robi robotę”, bo zostaje w oczach i z czasem dopełnia, zamyka jak klamrą wrażenia.


Tak więc pokój, który widzimy, jest kompletnie pozbawiony indywidualności, wręcz chorobliwie, nienaturalnie nijaki. W otwierającej scenie doktor Astrow mówi swój monolog w obecności siedzącej długo w niemym stuporze Niani (Jadwiga Lesiak), patrzącej przed siebie pustym wzrokiem. Kiedy doktor po jakimś czasie siada obok i zwraca się do niej bezpośrednio, ta najpierw zaczyna się dziwnie śmiać, a potem jej śmiech przechodzi w szloch. Jest to bardzo, znów aż za bardzo, wyrazista scena, ale na szczęście potem ta jednoznaczność znika i zaczynamy śledzić dość leniwie toczącą się akcję Wujaszka Wani.

Reżyserka Małgorzata Bogajewska nie siliła się na jakieś rewolucyjne odczytania starej sztuki, uwspółcześniła tylko stroje postaci, a w zasadzie zuniwersalizowała je. Dzięki temu wszystko było w rękach aktorów i okazało się to bardzo dobrą decyzją, bo postacie są bardzo dobrze obsadzone i zagrane, poza jedną rolą.


Podstawowy czworokąt: Wania, Sonia, Helena, Astrow jest tak dynamiczny, że emocje aż kipią. Pierwszy raz widziałam tak intensywną i wiarygodną relację między Wanią a Heleną. Miało się nieomal wrażenie, że gdyby nie pojawił się Astrow, to Wania miałby szansę u Heleny, która w pustym pożyciu z Profesorem była już w stanie rozwinąć uczucie do jakiegokolwiek zainteresowanego nią mężczyzny. Podobnie relacja między Sonią a Heleną mogłaby przy odrobinie czasu rozwinąć się w relację uczuciowo-erotyczną, bo życie obu dziewczyn jest tego aspektu kompletnie pozbawione. W sumie między dwiema młodymi kobietami była większa chemia niż między nimi a Astrowem.


Kreacja Roksany Lewak jako Heleny tym bardziej zasługuje na uwagę, że jej scena z mężem, gdy bez najmniejszej zmiany tekstu Czechowa prowokuje go nieskutecznie do zbliżenia, to majstersztyk zarówno reżyserski, jak i aktorski.


Helena ma świetną partnerkę w Soni, ich wspólne sceny nabrały zupełnie nowych znaczeń, i nawet nie mam już na myśli umiejętnie i nienachalnie wygranego podtekstu erotycznego – z ich emocjonalnych i fizycznych zbliżeń z wielką siłą emanowała bezbrzeżna samotność dwóch młodych, pełnych życia kobiet, które nie mają szansy na wykorzystanie swoich potencjałów. To ogromna wartość tego przedstawienia.


Trudno byłoby powiedzieć, która z aktorek bardziej rządzi sceną. Maja Pankiewicz jako Sonia wręcz hipnotyzuje swoją postacią. Ma to tę wadę, że słowa Astrowa, iż ona go nie interesuje jako kobieta, brzmią mało wiarygodnie. Poza tym jednak Pankiewicz gra Sonię prostymi środkami, mimo że jej postać cały czas je, i wydawać by się mogło, że ta kompulsja, zwiastująca niedługie przytycie, jest zbyt mocną kreską narysowana. Jednak Pankiewicz robi to tak naturalnie, że widzimy w tym nieustannym podjadaniu raczej dobrze podpatrzony motyw naszej szarej codzienności (zwłaszcza ostatnio), niż wymyślony przez reżysera sposób na interpretację postaci mocnym środkiem.


Podobnie wyrazisty jak Sonia jest Piotr Pilitowski jako Wania. Chwilami męczy, chwilami drażni i dość niewiarygodnie brzmią słowa Astrowa o dawnej, największej w powiecie, błyskotliwości umysłu Iwana, ale na koniec przedstawienia jest już naszym dobrym znajomym, dla którego człowiek by do wulkanu wskoczył, byle tylko mu zrobić przyjemność i choć trochę rozweselić.

Astrow Piotra Franasowicza w tym czworokącie może błyszczy najmniej – tym bardziej przejmująco jawi się sytuacja obu kobiet, które niby panny z Wilka, zakochują się w mdłym Witku, bo nikogo ciekawszego nie ma w okolicy i nie będzie.

Profesor Seriebriakow Kajetana Wolniewicza jest przejmujący w starczej niemocy i wręcz wzruszający w swojej tępej egoistycznej hipokryzji, jednak całkowicie pozbawiony tej zakłamanej atrakcyjności profesorskiej, której powab tak wprowadził w błąd Helenę, że aż za niego wyszła.


Z zupełnie innej historii jest Maria Wojnicka, matka Wani i zmarłej matki Soni, pierwszej żony Profesora. Barbara Szałapak rysuje swoją postać jak z satyry kabaretowej na ”uczone białogłowy”, pociągnięta grubą kreską, wprowadzająca atmosferę taniej parodii, gdy tymczasem w tej postaci tkwią pokłady ciekawego mechanizmu psychologicznego, a postawa Marii Wojnickiej jest źródłem dodatkowego wyobcowania Soni i Wani.


Jedna z sympatyczniejszych i lepiej wymyślonych scen to piosenka Tielegina, którego gra Tadeusz Łomnicki. W ogóle Łomnicki jest wartością dodaną spektaklu ze swoją miłą powierzchownością i ciepłym sposobem bycia, ale wyjaśniając, że żona go zostawiła z powodu jego brzydoty brzmi podobnie niewiarygodnie, jak Sonia, gdy mówi „jestem brzydka”. Nie zmienia to jednak faktu, że obie role są bardzo udane.

Czechow grany jest ostatnio wyłącznie w tak zwanym „nowym tłumaczeniu Agnieszki Lubomiry Piotrowskiej”. Osobiście nie przepadam za tym nowym przekładem, język jest zbyt unowocześniony, zbyt uproszczony, wręcz chwilami „przefajnowany”. Czy żeby dało się odczuć „ponadczasowość” problemów Czechowa, jego postaci muszą używać języka jak z internetu? Jeśli o mnie chodzi daje to odwrotny efekt, efekt obcości, bo nagle myślę: „o, nowe tłumaczenie” i tracę skupienie. Nie mówię, że nie warto robić nowych tłumaczeń, tylko akurat to mi się nie podoba, za bardzo jest podporządkowane tzw. sceniczności, a to przecież nie powinno być chyba jedynym kryterium.

I znowu aktorzy ratują sytuację, bo w ich wykonaniu ten „kazualowy” język brzmiał, gdy trzeba było tragicznie i przejmująco, a czasem publiczność wybuchała śmiechem, jak wtedy, gdy Wania po próbie zastrzelenia Profesora wtoczył się jak pijany na scenę, jęcząc „jaki wstyd, jaki wstyd”, po czym dodał: „dwa razy strzelić i ani razu nie trafić”. I tak to jakoś jest z tym spektaklem, który ma te swoje niby dwie wady ale na koniec wygrywa – dwa razy chybić to jak raz trafić.

--------------------------------

07.06.2021 Trzeba robić swoje
Izabela Pięta Dziennik Teatralny

„Wujaszek Wania" to sztuka o sprzecznościach ludzkiej natury. Opowiada o namiętnościach i nudzie, wierności i zdradzie, miłości i nienawiści. A to wszystko doprawione ze smakiem refleksją o miejscu człowieka w świecie.
Wydawać by się mogło, że adaptacja sztuki powstałej w końcówce XIX wieku i wielokrotnie branej na warsztat przez teatr i kino, nie może już niczym zaskoczyć. Jednak w spektaklu Małgorzaty Bogajewskiej wybrzmiewają przede wszystkim wątki korespondujące z życiem człowieka w 2021 roku: problem degradacji środowiska, schyłek dotychczasowego systemu czy postawa wobec zbliżającej się śmierci. Niezwykła aktualność dzieła wskazuje niewątpliwie na geniusz Antona Czechowa, rosyjskiego autora pierwowzoru, któremu jednak zdołała podołać i reżyserka – zresztą wielokrotnie nagradzana, jak i cała obsada.

Akcja rozgrywa się w majątku ziemskim, zarządzanym przez tytułowego wujaszka Wanię, a należącym do jego szwagra – profesora Aleksandra Seriebriakowa. Kiedy ten wraz ze swoją młodą, drugą żoną zamieszkuje na prowincji, rozpoczyna się ciąg niefortunnych zdarzeń, a raczej rozmów i kłótni. Widz poznaje złożone relacje, zależności, sympatie i antypatie łączące bohaterów niemal w każdej konfiguracji.

Mimo że w tytule sztuki wyróżniona jest postać znerwicowanego Iwana Wojnickiego (w tej roli Piotr Pilitowski), trudno jest określić główną czy kluczową osobę dramatu. Kajetan Wolniewicz (profesor), Roksana Lewak (Helena), Maja Pankiewicz (Sonia), Piotr Franasowicz (doktor Astrow) oraz oczywiście Piotr Pilitowski, stworzyli głęboki i wiarygodny portret psychologiczny swoich bohaterów. Dzięki często obecnym fragmentom monologowym, znamy lęki i nadzieje, uczucia i myśli, każdego z nich. A również postaci mniej istotne dla fabuły – Maria Wojnicka (grana przez Barbarę Szałapak), Ilja Tielegin (w tej roli Tadeusz Łomnicki), Niania (Jadwiga Lesiak), Robotnik (Piotr Piecha) – dzięki aktorskiemu doświadczeniu, zyskują niepowtarzalne cechy. Żaden z bohaterów nie jest przerysowany, dialogi – lekkie i naturalne – tworzą atmosferę tego domu, a monologi budują przesłanie uniwersalne opowieści.

Oszczędna scenografia, niezmienna przez cały spektakl, podkreśla klaustrofobiczność przestrzeni, w jakiej zamknięci zostali bohaterowie. Jednak ta prostota nie może być postrzegana jako wada. Przede wszystkim wykorzystano w pełni możliwości Sceny Pod Ratuszem, budując niejako trzy plany, na których rozgrywają się wydarzenia. Światło, również nienachalne, pomaga zorientować się widzowi, który fragment przestrzeni jest kluczowy w danym momencie. Jego natężenie zmienia się na tyle rzadko, że każda modyfikacja jest błyskawicznie zauważana przez oko widza.

Kostiumy postaci mogą się wydawać nieco karykaturalne (na przykład w przypadku profesora i matki Wani), jednak sztuka w tym aspekcie jest bardzo samoświadoma – sam Wania wskazuje na absurdalny strój profesora, który nawet do śniadania zakłada garnitur. Ubrania są tu bardzo istotne dla budowania postaci, to przede wszystkim one tworzą kontrast między Heleną (uosobienie kobiecości) i Sonią. Właśnie kiedy dziewczyna usiłuje uwieść doktora, stara się zagrać strojem, a kiedy jej starania spełzają na niczym, porzuca koronkowe koszulki dla swojego zwykłego ubrania. Oczywiście kostium buduje też kontrast między robotnikami a inteligencją (doktor i Helena zmieniają strój kilkukrotnie w trakcie spektaklu).

Muzyka w spektaklu, to kolejny – obok kostiumów – aspekt, którego istnienia bohaterowie są świadomi, a często sami go wywołują, podśpiewując czy przygrywając na instrumentach. Nie ma w sztuce odgórnie narzucanego przez kompozytora tonu i klimatu, co jest niezwykle ciekawe i buduje wiarygodność przedstawianej sytuacji. Widz wierzy w pijackie tańce czy nieśmiałe akompaniowanie w wykonaniu Heleny. Na uwagę zasługuje też występ skrzypcowy Gabrieli Sarbiewskiej, który na pozór tworzy oderwany od fabuły wątek, jednak – jak wszystko w tym spektaklu – służy refleksji o postrzeganiu sztuki przez profesora.

Tak jak bohaterowie stają w obliczu kryzysu dawnych wartości, tak też współczesny człowiek, patrzący na schyłek świata początku XXI wieku, musi dokonać nowych wyborów. Jak ludzie żyjący za sto – sto pięćdziesiąt lat będą postrzegać nasze decyzje? Tego nie wiemy. Chyba po prostu trzeba robić swoje.

--------------------------------

02.06.2021 K/293: Tył na przód
Łukasz Drewniak teatralny.pl

Kolega poszedł na szczepienia. Siedział w poczekalni i gapił się na ludzi w kolejce. Opowiadał potem, że przeżył wstrząs (ale nie taki od szczepionki), bo uświadomił sobie, że mężczyźni w Polsce brzydko się starzeją. Dziadzieją, opadają im ramiona, puchną od środka, mają puste oczy, ledwo się ruszają bez pomocy dziarskich żon i córek. Starcy, których oglądał, wyglądali jak wykopani z grobu zombie. I przyszli się zaszczepić przeciwko samym sobie. Kolega siedział i bał się, że to już, że on też jest już częścią tego zbioru. Postraszył mnie. Została mi w głowie ta relacja. I kiedy oglądałem Wujaszka Wanię Małgorzaty Bogajewskiej z Teatru Ludowego, zrozumiałem, o jakich mężczyznach i jakich męskich procesach gnilnych opowiadał. Nie jest moim celem umieszczenie tu recenzji tego spektaklu ani udowodnienie, że aktorzy Ludowego szczepili się w tym samym punkcie i też swoje zobaczyli. Chwilowo nie interesują mnie recenzje. Interesuje mnie zapis generacyjnego strachu. Na pokazie Wujaszka stało się coś dziwnego: może dlatego, że tacy, a nie inni widzowie przyszli, może w ogóle tylko ja to widziałem, przeżyłem, przepracowałem. Nagle na pierwszy plan przesunął się temat męskiej starości. Aktorzy zasłonili aktorki. Zagrali swoje tematy głośniej niż one. Powtarzam jeszcze raz: może tylko mnie się tak wydawało. Bo przecież w tekście zamieszczonym w programie twórczynie kładą nacisk na siostrzane relacje Heleny i Soni, siłę kobiet, idee wsparcia i współodczuwania z bohaterkami Czechowa. A potem na spektakl przychodzi stary facet, trochę jak ja, czyta, co miało być, i widzi, co jest. Akcenty zostały zmienione: na pierwszym planie hula dramat starzejących się i przegranych mężczyzn. Oni tu przekrzykują się własną beznadziejnością, odmierzają dystans między prawdziwym życiem a tym „byle czym”, gdzie akurat ugrzęźli. Prawie na pewno – już na zawsze.

Profesor Sieriebriakow Kajetana Wolniewicza wypiera swoją impotencję, celowo drażni domowników, zakłóca ich spokój, budzi po nocach pod różnymi pozorami. Wynika to z jego potrzeby posiadania niewolników własnej niewypowiedzianej rozpaczy. Niech patrzą, jak mi źle, jak cierpię, jak boli. Niech się domyślają, o co chodzi, niech lamentują nade mną. Sieriebriakow nie radzi sobie z chorobami, jakie go dopadły, ale równocześnie przyzywa je wszystkie do siebie, nie chce zaakceptować starca w swoim ciele. Chce go dobić, uwznioślić w cierpieniu jak Hioba. Tylko wtedy popsuty mechanizm jego ciała uzyska jakieś usprawiedliwienie, będzie nieczynny z ważnego powodu. Sieriebriakow Wolniewicza, kiedyś szemrany amant, epatujący akademicką charyzmą, przemienił się teraz w żywego trupa. Powłóczy nogą, męczy go każdy krok. Stęka. Rozebrana żona układająca mu się na kolanach jest jak oskarżenie jego niemocy, bliskość to tortura przypominająca mu o jego obecnym wybrakowaniu. Sieriebriakow stał się za życia własnymi zwłokami, ciało go nie słucha, zamyka się na dotyk. Każda noc w ciasnym domu na wsi to piekło. Bo innych nie boli, bo inni jeszcze coś odczuwają. A on nic. Został sam, nie może czytać, nie może pisać. Myśli prowadzą w złe strony. Wolniewicz ustawia rolę na zderzeniu mocnego głosu profesora z jego upadającym, osłabłym ciałem. Głos jest przeszłością, która słyszy siebie. Która próbuje kłamać, zaklinać rzeczywistość. I ten tubalny głos z każdą sceną jest bardziej nie na miejscu, nie oddaje istoty człowieka.

Idźmy dalej. Zobaczmy, w kim przegląda się stary profesor. „Sękacz” Ilji Iljicza w interpretacji Tadeusza Łomnickiego jest nie do zobaczenia i nie do zapamiętania. Łysina, sweter, brzuch, za ciężka głowa, smutne oczy. Tyle można powiedzieć o tym cichym, głupim, dobrym człowieku, który z własnej nieśmiałości uczynił fundament męskiej nieistotności. Wszystko oddał, wszystko przegrał, dotrzymał niepotrzebnych obietnic i nic mu w życiu nie wyszło. Łomnicki chodzi po scenie jak cień, uznał, że świat go nie potrzebuje, więc sam się z niego wymazał. Jest jak pasożyt, któremu nawet nie chce się jeść, żyje w przeźroczystości. Nie chce nikogo skrzywdzić ani słowem, ani swoją obecnością: „przepraszam, że jestem”. Ilja chciałby może czegoś ważnego bronić, parę razy nawet próbuje ostrzec Wanię, Sonię, Helenę, Profesora, ale w połowie protestu wycofuje się, milknie, zatyka go zbędność własnych słów. Ilja wie, co jest dobre, co złe, co wypada, ale nie umie zawalczyć o ten porządek, ledwie zaznacza, że wie, co powinno się zrobić inaczej. Łomnicki pochyla głowę przed dramatami innych, ważniejszymi niż jego, wypina brzuch do orderu współczucia. Kurczowo trzyma w dłoniach mandolinę, tylko kiedy śpiewa i gra, jest mu troszkę lepiej, przynajmniej wreszcie sam siebie słyszy. Tylko nie wierzy, że to dobra muzyka, że ma czysty głos, że komuś daje to radość. Nie wiem, kiedy aktor zniknął ze sceny w spektaklu, jak się z tego cierpienia nieistotności wypisał.

Piotr Pilitowski gra u Bogajewskiej wujka Wanię. I gra tak, jakby siedział na bombie z zapalonym lontem. Jakby z tysiąca myśli i emocji wypowiadał ledwie trzy. Kocha Helenę desperacko, a raczej tylko krzyczy, że kocha, zanudza wszystkich tymi deklaracjami. Ją najbardziej, bo jest mocny tylko w gębie. Nie wykona żadnego ruchu, bo chce, żeby to ona go wzięła, ona ocaliła. On tylko gada o swojej miłości i zmarnowanym życiu i składa podanie o ocalenie. Pomóż mi, uratuj! To jest obowiązek Heleny, odwzajemnione uczucie kobiety musi mu wynagrodzić wszystko z przeszłości. Jakby to była jej wina, że tak żył. Że się wypisał ze świata. I jeśli teraz ona z nim nie pójdzie, to już koniec. Wania szantażuje Helenę, szantażuje otoczenie tymi samymi metodami, co Sieriebriakow. Jednego boli ciało, drugiego dusza. Wszyscy muszą im pomóc. Widziałem pewnie ze 20 scenicznych wersji Wujaszka, ale pierwszy raz tak mocno do mnie dotarło, że Wania Czechowa ma już prawie pięćdziesiąt lat: zawsze wydawało mi się, że w polskim teatrze grają tę postać zwykle aktorzy młodsi. I wtedy niosą w tej roli inne tematy. Tu Plitowski gra mężczyznę, który nie ma już dobrych scenariuszy na przyszłość. Właśnie to zrozumiał. Przyszłości nie ma. W każdym razie tej innej przyszłości nie ma. Wania pogrąża się teraz w niechcianej przez nikogo miłości tak, jak kiedyś pogrążał się w bezsensownej pracy dla innych, w zagłuszaniu życia. W najbardziej przejmującej scenie Pilitowskiego w domu już wszyscy śpią, jest głęboka noc, a on siedzi w kuchni i zajada strach. Kroi chleb, smaruje serem, ciacha pomidora. Rwie zębami kanapki, jakby w kanibalistycznym akcie. Pije wódkę coraz szybciej i bardziej zapamiętale. Upija się i mówi do siebie, spowiada przed sobą i patrzy w przeszłość straszną jak czarna dziura. To nie starości i śmierci boi się Wania Pilitowskiego, przyszłość jest przecież taka sama, jak jego cholerne „teraz”. To przeszłość go przeraża, bo pamięta z niej tylko złe rzeczy: błędy, zaniechania, upór, zmęczenie. W przeszłości też był taki sam dzień jak to jego nocne, bezsenne „teraz”, wspomnienia zjadły się nawzajem. I nie ma nic, na czym mógłby się oprzeć. Nie było w jego życiu niczego, co miałoby sens. Bohater Pilitowskiego chciałby zabić nie Sieriebriakowa, tylko siebie z przeszłości, tego niewyraźnego człowieka, który właśnie mu znika, wymyka się między zaciśniętymi w garść palcami. Wania nie śpi po nocach, nosi go po domu ze strachu i złości albo nagle wyczerpany zapada w krótki sen na siedząco, przy stole. Gorąca od myśli głowa opada mu na ścianę, schładza się tylko na moment. Pilitowski próbuje pokazać kłamstwo Wani, niby wszystko dla Heleny: kwiaty, słowa, dzień cały, a kiedy zobaczy, że jej bliżej do Astrowa, schodzi im z drogi. Chowa uszy po sobie. Spuszcza wzrok, jakby wypierał to, co zobaczył. On nie chce wygrać ani z Astrowem, ani ze starym Sieriebriakowem, nie pragnienie kobiety w nim rośnie, tylko obrzydzenie do siebie. Podświadomie wybrał Helenę, żeby jeszcze raz tę własną potworność zobaczyć. W jej oczach, w reakcjach otoczenia. Helena – zniknie, odjedzie, a on znów zamknie się w skorupie trwania i beznadziei. Zraniony śmiertelnie i zarazem pogodzony z klęską własnej bylejakości.

No i jest jeszcze Astrow Piotra Franasowicza. Przynajmniej połowa czytelników i widzów Czechowa właśnie z nim się najmocniej identyfikowała: najmłodszy z męskich bohaterów sztuki, trochę ideowiec, trochę cynik, intelektualista i amant, pijak i szczur. Trzydziestoparoletni Franasowicz łapie go w chwili, kiedy wódka wygrywa ze wszystkim. Jego Astrow nie wierzy już w to, co gada o swojej misji, o wizji przyszłości. Nawet uwodzi Helenę, jakby z przyzwyczajenia, bez pomocy głowy. Samo ciało gdzieś lezie, mogło podejść do butelki, podeszło do ust kobiety. Właściwie bez różnicy. Krakowski aktor jest stale rozproszony, sam generuje własny niedoczas, miota się na lewo, prawo, ma nerwowe ruchy rąk, kręci tułowiem. Za późno reaguje, za późno coś robi. Mówi swoje kwestie na kontrze, jakby za plecami ktoś mu stale przeszkadzał, wybijał inny rytm, zaburzał mu jasny monolog wewnętrzny, jak w pierwszej scenie. Lgnie do starej niani, bo ona w tym spektaklu już nic nie mówi, ma demencję, jest starą, porzuconą ludzką lalką. I Astrowowi z jej wewnętrznym wydrążeniem jest dobrze, nic nie musi udawać, nie musi się starać, pędzić gdzieś, ratować życia, spierać się, uwodzić. Franasowicz patrzy w nią jak w śmierć, widzi jej strach i zagubienie, nieświadomość miejsca, w którym się sama znajduje i czuje, jakby to on siedział przed lustrem: niania to ja. Trup, który nie umie się wypowiedzieć. Trup, który zobojętniał. Zapadł się w sobie. Tylko jego nie muszę się wstydzić – myśli Astrow. Ucieka z domu Wani i Soni, zostawia swoje biurko i współstarzenie się, żeby wreszcie zrobić to, co od dawna chciał zrobić. Pić i niczego nie wiedzieć. Pić i niczego nie widzieć. Nie czuć. Zapić się na śmierć.

Tak sobie siedziałem i oglądałem Czechowa Bogajewskiej bezceremonialnie wciśniętego w malutką scenę pod Rauszem i zastanawiałem, dla ilu jeszcze widzów poza mną ten męski świat uwiądu i porażki jest równie interesujący. Kto jeszcze zobaczył w nim swoją przyszłość? W jaki sposób spektakl zapisuje lęki dorosłości? O większości przedstawień Wujaszka powiedziałbym, że były to opowieści o pracy i nudzie, spóźnionej i nieodwzajemnionej miłości, krachu iluzji wszystkich bohaterów, o beznadziejnym trwaniu w monotonii codzienności, w dążeniu, które nie ma celu. Jeśli nawet były to przedstawienia o przegranym życiu, to oczywiście traktowały o innym życiu, jakby cudzym, które nawet Wania cytował, które tylko go na chwilę zarażały. A tutaj nagle wszystko – starość i pustka – wyszło na pierwszy plan i stało się opowieścią czterech przegranych mężczyzn.

Powtarzam, to nie jest recenzja: jeśli chce się złapać cały spektakl Bogajewskiej Pod Ratuszem, trzeba opowiedzieć o Helenie i Soni. Dlaczego ja ich nie usłyszałem?

Twórcy

tłumaczenie: Agnieszka Lubomira Piotrowska
reżyseria: Małgorzata Bogajewska
scenografia: Anna Maria Karczmarska
muzyka: Bartłomiej Woźniak
reżyseria światła: Dariusz Pawelec
inspicjent, sufler: Manuela Nowicka

Obsada